|
Wopista Czesław kontra
jagodziarze
Noc była ciemna, bezksiężycowa.
No, może troszkę księżycowa, ale za chmurami.
Wopista Czesław, strażnik i obrońca granic Wielkiego
Księstwa Izerskiego, zwanego też Izerbejdżanem patrolował lasy wokół
stolicy. Nie miał latarki, nie potrzebował jej – wiedział przecież, że
po kilkudziesięciu minutach ludzki wzrok przyzwyczaja się do
ciemności. Zwłaszcza jego wzrok, wyostrzony na setkach, a nawet
tysiącach nocnych patroli. Wzrok, przed którym pomalowana na czarno
mysz nie schowałaby się nawet w przypalonym garnku z zupą jagodową –
nawet jeśli garnek stałby za obitym żałobnym kirem fotelem, na którym
siedziałby murzyn z plemienia Wattusi, z zawodu kominiarz, z
zamiłowania ninja.
Wzrok wopisty Czesława mógł konkurować z wzrokiem orła. O
ile oczywiście orzeł nie cierpiałby na kurzą ślepotę.
Kurza ślepota sprawia, że ma się trudności z widzeniem w
ciemności. Żeby temu zapobiec, trzeba jeść dużo jagód.
Właśnie, jagód...
Wopista Czesław wiedział, że jagodziarze czają się w
lesie, licząc, że nocą nikt nie będzie sprawdzał, czy przypadkiem nie
używają zabronionych przez prawo Izerbejdżanu zbieraczek –
przypominających wystające z drewnianych pudełek metalowe grzebienie
przyrządów siejących spustoszenie wśród jagodzin – owoców – dojrzałych
i mniej dojrzałych, ale też co gorsza wśród liści i łodyg. Właśnie
dlatego używanie zbieraczek było zabronione. Właśnie dlatego wopista
patrolował las.
Gdzieś w świerkach zahukała sowa, trzasnęła sucha gałązka.
Rozległ się trzepot skrzydeł.
„Hm” – pomyślał wopista Czesław i przyspieszył kroku.
Gdzieś w kępie świerków coś oddychało głęboko. Z ulgą. Nie
była to sowa.
Wychodząc z lasu wopista Czesław zatrzymał się. Podniósł
leżący na ziemi dość gruby świerkowy patyk i oparł go o pień drzewa.
Potem skupiwszy całą siłę, materię i energię w miejscu gdzie obcas
buta styka się z resztą podeszwy, uderzył. Wzmocniony echem trzask
łamanej gałęzi zabrzmiał jak wystrzał.
Gdzieś w kępie świerków coś przestało oddychać. Na dłuższą
chwilę.
„Hm” – pomyślał wopista Czesław i uśmiechnął się pod
wąsem. Potem już nie zwlekając ruszył dalej w kierunku stanicy na
Polanie Izerskiej.
Z kępy świerków wynurzyła się ciemna postać trzymając się
za serce. Błyskanie białkami oczu i naśladujące rybę ruchy warg
nadawały postaci komiczno – heroiczny charakter. Postać wyglądała jak
główny bohater granej w Mombasie parodii „Hamleta” w scenie pojedynku
z Laertesem. W jej końcowym stadium.
Był cały umazany jagodami na twarzy, ubrany w czarny,
obcisły kostium. Nawet zęby miał poczernione jagodami. Tylko białka
mogły zdradzić miejsce jego przebywania w ciemnym izerskim lesie. W
ręku kurczowo trzymał zbieraczkę.
Nagle z kępy świerków wyszło więcej trzymających się za
serce postaci. Wszyscy z nienawiścią na pomazanych jagodami twarzach.
* * *
Wopista Czesław zasiadał do późnej kolacji. Na talerzu
przed nim dymiła góra pierogów z jagodami. Wopista polał je obficie
śmietaną dwunastką i posypał cukrem kryształem.
* * *
-
Zabić ! – wychrypiał jeden z jagodziarzy.
-
Nie
– Babcia Wiewiórkowa podniosła pooraną zmarszczkami i pobrudzoną
jagodami dłoń – Musicie o czymś wiedzieć...
* * *
Jagodowy sok
trysnął na usta, twarz i kołnierz koszuli wopisty.
-
Hm... – mruknął wopista, ścierając słodką, lepką wilgoć.
Ogarnęły go lekko czarne
myśli.
* * *
Czarne postacie w czarnym lesie wróciły do czarnego
procederu – zbierania czarnych jagód. To było dość trudne – zważywszy
na zlewanie się owoców z tłem nocy i lasu. Wśród jagodziarzy
zapanowało czarnowidztwo. Bardzo przydatne w danej sytuacji.
* * *
„Aaaaa...” – pomyślał wopista Czesław machnąwszy ręką i
wziął sobie dokładkę pierogów.
Tego dnia był wyjątkowo lakoniczny. W mowie, myśli i
ruchach.
Coś go gryzło. Ale tylko trochę.
* * *
Nikt nigdy nie dowiedział się, czy najdzielniejszy z
dzielnych obrońców Wielkiego Księstwa Izerskiego stracił swój
legendarny wzrok i instynkt łowiecki, czy też jagodziarze wreszcie
znaleźli sposób na przechytrzenie wopisty Czesława. Nikt nigdy nie
pytał, dlaczego ma takie czarne zęby. Nikt nigdy nie pytał o kolor
jego sumienia ani o to, do kogo należą odciski palców na pierogach.
Zwłaszcza, że dowody rzeczowe zniknęły na zawsze.
Tym razem dzielny wopista Czesław nie przymknął nikogo.
Tylko oko.
|